Gazeta.pl  | metrocafe.pl  | Poczta  | Forum  | Blogi  | Wyborcza.pl  
Pogoda  | Randki  | Gry
 » artykuły  » do poczytania  » Ma 40 kotów, nikogo do nich nie dopuszcza. Sąsiedzi są bezsilni

Ma 40 kotów, nikogo do nich nie dopuszcza. Sąsiedzi są bezsilni

2012-08-08 14:00:00

do poczytania

Na jednym z podwórek w centrum Gdańska żyje ponad 40 kotów. Zwierzęta są chore, a karmiciel nie pozwala ich leczyć ani sterylizować. I choć od kilku lat mieszkańcy okolicznych budynków proszą o interwencję, nadal nie doczekali się pomocy
fot. Dominik Werner / Agencja Gazeta
- Nasze podwórko leży między ulicami św. Ducha, Grobla I, Szeroką i Złotników. Jest chyba jedynym w Gdańsku, na którym nie ma bawiących się dzieci. No bo gdzie mają się bawić, jak wszędzie są chore koty albo ich odchody? W piwnicy i schronie też. Fetor czuć na sąsiednich ulicach. Z jednej strony boimy się, że koty mogą zadrapać albo ugryźć, a z drugiej, szkoda tych zwierząt - żali się mieszkanka kamienicy przy ulicy Grobla I, pani Sylwia.

Tak chce natura

Z zarzutami mieszkańców nie zgadza się karmiciel kotów, pan Andrzej.

- Kupy na podwórku zostawiają psy. Ja po kotach sprzątam systematycznie. Jeśli widzę, że są chore, staram się je leczyć. Ale taka jest prawda, że najsłabsze osobniki i tak zdechną. Tak chce natura - przekonuje.

Takie podejście do kotów oburza obrońców praw zwierząt.

- To bzdura! Nie wszystkie zwierzęta da się wyleczyć, ale trzeba próbować. Kilka tygodni temu uratowałam od tego Pana kociaka z katarem i 40-stopniową gorączką. Jestem pewna, że gdyby tam został, dziś już by nie żył. I nie dlatego, że tak chciała natura, ale dlatego, że nie dostałby odpowiednich leków - wyjaśnia wolontariuszka Pomorskiego Kociego Domu Tymczasowego, Agnieszka Marczak.

Do kotów nikogo nie dopuszcza

Choć nieleczone koty zdychają, karmiciel nie pozwala pomóc zwierzętom przebywającym na "jego" podwórku. Nie zgadza się także na sterylizację, dzięki której stado przestałoby się powiększać. Po jednej z wizyt wolontariuszek PKDT na schronie pojawiły się napisy: "Hyclary łapy precz od kotów" i "Koty są własnością prywatną". Podczas kolejnej mężczyzna ubliżał kobietom i zaatakował je ukrytym w lasce szpikulcem.

- Z tym człowiekiem nie ma rozmowy. Zarzuca nam, że wywozimy zwierzęta do Niemiec albo że je zabijamy. Nie dał zabrać do weterynarza nawet kota po wypadku - tłumaczy Marczak.

Sąsiadowi boją się narazić mieszkańcy, bo już kilka razy doszło do kłótni o koty. Jak sami przyznają, przestali dyskutować z karmicielem, tylko proszą różne instytucje o interwencję. Kilkakrotnie zgłaszali problem na spotkaniach Wspólnoty, jednak niewiele to zmieniło.

Pracownik firmy Ankra (woli pozostać anonimowy), zarządcy kamienicy, w której mieszka karmiciel, wyjaśnia, że wysyłali do niego oficjalne pisma z nakazem usunięcia zwierząt z piwnicy i schronów, jednak pan Andrzej nie zastosował się do zaleceń. - Wezwaliśmy Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami. Zabrali część chorych kotów, resztę zostawili. Niewiele więcej możemy zrobić. Właścicielem mieszkania, które zajmuje ten Pan, jak i podwórka, jest gmina - mówi.

Upomnienia nic nie dają

Co na to Gdański Zarząd Nieruchomości Komunalnych, który zajmuje się gospodarowaniem i administrowaniem nieruchomościami gminy?

- Znamy problem, kilkakrotnie upominaliśmy tego mieszkańca, wzywaliśmy do przestrzegania regulaminu porządku domowego. On za każdym razem mówi, że koty są tylko na podwórku i że mają prawo tam być. Tłumaczy, że opiekuje się nimi, karmi je i leczy. A przecież sprawdzenie, czy tak jest faktycznie, nie leży w naszych kompetencjach - mówi rzecznik GZNK Agnieszka Kukiełczak.

Stwierdzić, które koty są chore i zabrać je na leczenie, może schronisko, ale jak dotąd żadna z instytucji nie poprosiła go o interwencję. Piotr Świniarski, kierownik gdańskiego schroniska Promyk, twierdzi, że dopiero w kwietniu dowiedział się o całej sprawie od mieszkańca pobliskiej kamienicy i, jak zapewnia, zaraz wysłał na miejsce pracownika. Jednak mimo że na podwórku znajdowało się kilkanaście chorych zwierząt, na leczenie do schroniska pojechał tylko jeden kot. Dlaczego?

- Mamy nawet do kilkunastu wyjazdów dziennie, nie możemy w jednym miejscu spędzić całego dnia. Z własnej inicjatywy nie powtarzamy interwencji, bo nie mamy kiedy. Jednak jeśli mieszkańcy będą do nas dzwonić, kiedy zobaczą chore koty, będziemy je zabierać i leczyć - wyjaśnia Świniarski.

Będziemy negocjować z karmicielem

A co z pozostałymi, zdrowymi czworonogami? Zgodnie z zapisem Ustawy o ochronie zwierząt koty wolno żyjące nie są bezdomne, dlatego jeśli nie są chore, nie można ich wyłapać i umieścić w schronisku. Wbrew sugestiom niektórych mieszkańców problemu nie rozwiąże także zaprzestanie karmienia, ponieważ, jak mówi weterynarz Maja Bielecka, pomijając fakt, że jest to działanie bezduszne, koty nie odejdą daleko w poszukiwaniu pożywienia i będą okupywać okoliczne śmietniki.

- Porozumiemy się z PKDT i postaramy się przekonać karmiciela, że o mniejszą liczbę kotów łatwiej zadbać. A ograniczyć populację może tylko sterylizacja. Z kolei kastracja kocurów ograniczy nieprzyjemny zapach. Jeśli opiekun nie zgodzi się, wezwiemy na pomoc policję. Wolelibyśmy jednak uniknąć tak daleko idących rozwiązań i współpracować - deklaruje Piotr Piotrowski, Inspektor ds. Ochrony Zwierząt OTOZ Animals.

Gazeta Wyborcza Trójmiasto
Komentarze
  • Kruszyna

    2012-08-09 09:19:52
    Bardzo smutny artykul o ...bezsilnosci!!!!!! 
    Przeciez te koty nie sa wlasnoscia "karmiciela"! Sluzby miejsckie, Policja i Schronisko-bo w Gdansku takowe z pewnoscia istnieje, powinny ten problem rozwiazac, a nie narazac wrecz zdrowie mieszkancow nie piszac juz o cierpieniu chorych kotow!!!
    Jeden czlowiek z laska- szpikulcem "panuje" nad calym osiedlem!!!! Czy to jednak tylko bezsilnosc????