Gazeta.pl  | metrocafe.pl  | Poczta  | Forum  | Blogi  | Wyborcza.pl  
Pogoda  | Randki  | Gry
 » artykuły  » do poczytania  » Nikt nie zajął się konającym psem

Nikt nie zajął się konającym psem

2012-10-22 17:00:00

do poczytania

Bezdomny pies był w stanie agonalnym. Straż miejska stwierdziła, że to nie ich sprawa, schronisko - że jest od czego innego, weterynarz na widok psa zamknął drzwi, a powołane specjalnie do takich sytuacji Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami oświadczyło, że jest po godz. 15 i już skończyli pracę
Na działce pana Karola przy ul. Lipowej od kilku tygodni pomieszkiwał bezdomny z psem. Właściciel co jakiś czas przynosił im jedzenie. Jak twierdzi, lokator mu nie przeszkadzał, bo działki nie używa na co dzień. Kiedy przyszedł w sobotę po południu, zaniepokoił się stanem psa. Dziesięcioletnia wilczurka leżała bez ruchu i piszczała.

- Jak zobaczyłem tego psa, to się przeraziłem - mówi pan Karol. - Zwierzak się nie ruszał, miał szczękościsk, nie chciał jeść, chodziły po nim robaki. On wymagał natychmiastowej pomocy. Jej właściciel nie wiedział, co zrobić, odszedł, bo nie mógł na to patrzeć, więc zacząłem szukać pomocy.

Najpierw pan Karol zadzwonił do Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Tam dowiedział się, że jest już godzina 15 i wszyscy skończyli pracę.

- A nie istnieje nic takiego jak jakiś dyżurny - pytał?

- Nie - usłyszał. - Można psa zawieźć do schroniska.

Jednak w schronisku także pomocy nie udało się uzyskać. Bo lekarz jest do godz. 15. A później to już nic nie można zrobić. Tylko zawieźć do prywatnej kliniki i tam uśpić, jeżeli jest taka potrzeba. Oczywiście trzeba za to zapłacić.

- W schronisku powiedzieli, że ponieważ pies jest bezpański, to jeżeli znajdę kogoś, kto go uśpi, to przyjmą zwłoki za darmo - relacjonuje czytelnik. - Ale na razie nie miałem zwłok, tylko żywego psa, który się męczył i z którym nie wiedziałem, co zrobić. Ale chyba w mieście powinna być jakaś instytucja, która w takich sytuacjach pomaga?

Czytelnik nadal szuka pomocy. Dzwoni do straży miejskiej. Tu także dowiaduje się, że nikt nie pomoże. Bo straż miejska nie jest od wożenia psów. Od tego jest schronisko albo TOZ.

- Nie mogę tego zrozumieć - dziwi się czytelnik. - Czy pies może potrzebować pomocy tylko w dni robocze do godziny 18? W sobotę po południu i niedzielę nie ma prawa zdychać, bo ludzie pracę skończyli? Przecież to jest jakaś granda.

Pan Karol, który już pogodził się z faktem, że po psa nikt nie przyjedzie, zawija zwierzaka w prześcieradło i wsadza do samochodu. Jednak w klinice na Wojska Polskiego czeka go niemiła niespodzianka.

- Lekarz, jak tylko dowiedział się, że pies jest bezpański, to zamknął mi drzwi przed nosem - denerwuje się. - Powiedział, że to prywatna lecznica i że mam zapłacić albo szukać innego weterynarza. Tu nie chodziło o pieniądze, tylko o to, że za bezdomne zwierzęta powinna odpowiadać gmina. A że człowiek chce pomóc i ma dobre serce, nie musi oznaczać, że ma pieniądze. W końcu zdecydowałem się zapłacić za uśpienie tego psa (300 zł). Wtedy lekarz zdecydował się zadzwonić do schroniska. Kazali przywieźć suczkę.

Po czterech godzinach telefonów i jeżdżenia po mieście w schronisku psa przyjęli. Miał czekać na weterynarza. Do rana nie dożył.

ash, Gazeta Wyborcza Szczecin
Komentarze